Od dziesięcioleci na całym świecie obserwujemy niepokojący trend: spadek dzietności. Prognozy demograficzne, o ile nie opierają się na myśleniu życzeniowym, jasno wskazują, że globalna dzietność wkrótce spadnie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Ma to znaczenie, ponieważ to ludzie, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, są kluczowym motorem wzrostu gospodarczego i postępu technologicznego. Wyludnienie w najlepszym razie oznacza stagnację, a w najgorszym – negatywny wzrost i poważne konsekwencje społeczne i polityczne.

Wydaje się, że ten trend jest nieunikniony. Ale czy na pewno? Istnieje potężna siła, która teoretycznie powinna odwrócić ten proces: dobór naturalny. Selekcja naturalna promuje cechy, które zwiększają sukces reprodukcyjny, a trudno o cechę bardziej z tym związaną niż płodność. To sugeruje, że obecny spadek dzietności może być tylko tymczasowym zaburzeniem, a nie nową, stabilną równowagą. Być może jesteśmy świadkami okresu przejściowego, po którym jakaś grupa o wysokiej dzietności zdominuje populację. Zrozumienie, czy modele ewolucyjne dają nam realną nadzieję, czy są tylko intelektualną ciekawostką, jest kluczowe dla naszej przyszłości.

Modele ewolucyjne dzietności: nadzieja w teorii

Istnieje kilka modeli próbujących wyjaśnić dynamikę dzietności z perspektywy ewolucyjnej. Skupimy się na jednym z najprostszych, a zarazem najbardziej eleganckich, przedstawionym w pracy Martina Kolka i jego współpracowników z 2014 roku. Model ten łączy dziedziczenie genetyczne i kulturowe, opierając się na kluczowej obserwacji empirycznej:

  • W społeczeństwach przed transformacją demograficzną dzietność nie była cechą dziedziczną.

  • We współczesnych, uprzemysłowionych społeczeństwach dzietność jest cechą dziedziczną, a jej dziedziczność rośnie.

Skąd ta różnica? Przez tysiąclecia ewolucja optymalizowała ludzkie populacje pod kątem maksymalnego sukcesu reprodukcyjnego w warunkach rolniczych. Gdy jakaś cecha jest silnie optymalizowana, jej wariancja w populacji maleje. Wszyscy, niezależnie od predyspozycji genetycznych czy preferencji, musieli mieć dużo dzieci, aby przetrwać. Dlatego wiedza o genach czy kulturze rodziców niewiele mówiła o dzietności ich potomstwa.

Rewolucja przemysłowa zmieniła reguły gry. Nowe warunki sprawiły, że stare strategie przestały być optymalne. Pojawiła się wariancja w dzietności, a cechy dziedziczne (genetyczne, kulturowe, religijne) zaczęły wpływać na to, ile dzieci mają poszczególne osoby. Ta nowo powstała dziedziczność dzietności jest punktem wyjścia dla modelu Kolka, który sugeruje, że transformacja demograficzna może być procesem samoregulującym i tymczasowym.

Jak działa model Kolka?

Wyobraźmy sobie prosty świat, w którym istnieją tylko dwa style życia: niskiej dzietności (L) i wysokiej dzietności (H).

  1. Każdy człowiek dziedziczy po rodzicach preferencję co do stylu życia (L lub H).

  2. Następnie, w procesie socjalizacji, jednostka obserwuje kulturowe wzorce do naśladowania (role models), w tym swoich rodziców i losowe osoby z populacji.

  3. Jeśli wśród wzorców znajdzie kogoś, kto reprezentuje jej preferowany styl życia, przyjmie go. W przeciwnym razie przyjmie jedyny styl życia, jaki widzi wokół siebie.

Model w nieco sztuczny sposób zakłada, że przed rewolucją przemysłową wszyscy praktykowali styl życia H, mimo że wielu miało utajone preferencje L. Ponieważ jednak wszyscy wokół mieli dużo dzieci, nie było wzorców do naśladowania dla stylu L, więc wszyscy kontynuowali tradycyjny model.

Transformacja demograficzna w modelu jest symulowana przez nagłe pojawienie się w populacji 20% osób jawnie praktykujących styl życia L. To sprawia, że wszyscy z utajoną preferencją L nagle znajdują wzorce do naśladowania i masowo przechodzą na model niskiej dzietności.

Efekt? Średnia dzietność w populacji gwałtownie spada. Ale tu zaczyna działać dobór naturalny. Grupa L, mając mniej dzieci, zaczyna się kurczyć w stosunku do grupy H. Z pokolenia na pokolenie udział osób z preferencją H w populacji rośnie, a wraz z nim rośnie średnia dzietność, która ostatecznie wraca do poprzedniego poziomu.

Rozszerzenie modelu: rola mediów masowych

Model Kolka można uczynić bardziej realistycznym, zastępując sztuczne „przełączenie” 20% populacji wpływem mediów masowych. Wprowadzenie radia, telewizji czy internetu gwałtownie zwiększa liczbę dostępnych wzorców do naśladowania. W ten sposób styl życia L, który mógł wcześniej istnieć w małych niszach, nagle staje się globalnie widoczny i dostępny, co prowadzi do szybkiej transformacji demograficznej. Mechanizm powrotu dzietności pozostaje jednak ten sam – grupa H, mając więcej dzieci, ostatecznie wygrywa „wyścig demograficzny”.

Czy teoria wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością?

Logika stojąca za modelami ewolucyjnymi jest silna. Grupy, które mają więcej dzieci, z czasem powinny stanowić coraz większy odsetek populacji. Jednak poleganie wyłącznie na tych modelach jako na gwarancji odwrócenia trendu demograficznego jest ryzykowne. Istnieje kilka poważnych zastrzeżeń.

  1. Czy transformacja była jednorazowym wydarzeniem? Model Kolka zakłada, że transformacja była wynikiem ujawnienia się istniejących, ale stłumionych preferencji. A co, jeśli jest ona wynikiem ciągłej, jednolitej presji środowiskowej (np. kosztów edukacji, urbanizacji), która obniża dzietność wszystkich grup? W takim scenariuszu dobór naturalny nie zadziała. Przykładem mogą być Mormoni w USA – grupa o historycznie wysokiej dzietności, której wskaźniki spadają w podobnym tempie co reszty populacji, tylko z wyższego pułapu.

  2. Ewolucja kulturowa vs. ewolucja genetyczna. Model zakłada, że preferencje dotyczące stylu życia są idealnie przekazywane z rodziców na dzieci. W rzeczywistości ewolucja kulturowa może być szybsza. Jeśli mem niskiej dzietności jest wystarczająco silny, aby „zarażać” dzieci z rodzin o wysokiej dzietności, to przewaga reprodukcyjna tej drugiej grupy może zostać zniwelowana. Na przykład, jeśli Mormoni mają średnio troje dzieci, ale tylko jedno z nich dziedziczy ich styl życia, a pozostałe dwoje ma po jednym dziecku, to w dłuższej perspektywie fenotyp wysokiej dzietności zaniknie.

  3. Co mówią dane? Ostatecznie to kwestia empiryczna. I na razie dowody nie wyglądają obiecująco. Francja, która jako jedna z pierwszych przeszła transformację demograficzną, wciąż ma dzietność poniżej poziomu zastępowalności i nie widać tam wyraźnego trendu wzrostowego. Podobnie jest w Azji Wschodniej czy Szwecji. Istnieją oczywiście podgrupy, takie jak Amisze czy Haredim, które utrzymują wysoką dzietność i ich udział w populacji rośnie. Ale na razie ich wpływ na globalne trendy jest niezauważalny i będą musieli kontynuować ten sukces przez wiele pokoleń, aby cokolwiek zmienić.

Wnioski: nadzieja to nie strategia

Modele ewolucyjne pokazują, że istnieją teoretyczne mechanizmy, które mogą prowadzić do odwrócenia spadku dzietności. Dają one logiczne i eleganckie wyjaśnienie, dlaczego nie jesteśmy skazani na demograficzną zagładę. Jednakże, nie powinniśmy traktować ich jako gwarancji. Rzeczywistość jest bardziej złożona, a siły kulturowe i środowiskowe mogą okazać się silniejsze niż czysta matematyka doboru naturalnego. Odwrócenie trendu demograficznego może być tuż za rogiem, ale równie dobrze może nigdy nie nadejść. Zamiast biernie czekać na ewolucyjne wybawienie, powinniśmy skupić się na zrozumieniu i kształtowaniu czynników, które wpływają na decyzje prokreacyjne tu i teraz.

Czy ludzkość jest skazana na wymarcie? Ewolucja ma inny plan – ale jest jeden haczyk. by
Czy ludzkość jest skazana na wymarcie? Ewolucja ma inny plan – ale jest jeden haczyk.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *